piątek, 21 października 2011

Przeżyłam połóg, mogę się śmiać :)

Drastycznie może być, momentami. Obrzydliwie nieco. Ale ja przepraszam bardzo, czy gdzieś czytałyście, że połóg jest ładny...? ;) 

Bez względu na to, czy poród był siłami natury (SN), czy poprzez cesarskie cięcie (CC) – połóg cię nie ominie, droga przyszła mamo :) Na pocieszenie – choć trwa znacznie dłużej, niż poród, to jest zdecydowanie mniej bolesny. No, ale upierdliwy.

Moja córa przyszła na świat poprzez cc, więc moje doświadczenia tego się tyczą, choć w sumie różnice w połogu są na początku tylko. Sposób rodzenia nie ma wpływu na długość krwawienia w połogu, na samopoczucie (i tu się upierać będę – bo znam kobiety po SN które długo do siebie dochodziły – fizycznie i psychicznie, a znam po CC, które miały luzik).

Od razu napiszę, co dla mnie było NAJWAŻNIEJSZE w tym czasie – higiena i ruch. Ja przepraszam, że obcesowo tak, ale myjcie się, dziewczyny. Nie macie pojęcia, jak w sali poporodowej może śmierdzieć. Trafiłam na kobietę, która no niby się myła, ale już rzadko korzystała z toalety (czyli zmiana tych podkładów…), i w dodatku okna nie chciała otwierać. Były nas dwie + 2 dzieci (czyli pieluchy). Ooooo jak ja się ucieszyłam, gdy ją przenieśli gdzie indziej! A ruch – jakoś intuicyjnie wiedziałam, że im szybciej się rozruszam, tym szybciej dojdę do siebie fizycznie i psychicznie, im więcej kroków zrobię, tym lepiej się będę czuła bo mniej będzie bolało…

No dobra, płyniemy do brzegu. Pierwsze, co mnie zaskoczyło – krwawienie. Obfite BARDZO. Naiwnie sądziłam, że starczą zwykłe, gigantyczne podpaski, ale takie okresowe. A rzyć blada, nie starczą, nie łudźcie się. Przez jakiś tydzień korzystałam wyłącznie z tzw. podkładów poporodowych Bella (są też inne, akurat firma nieważna, liczy się rozmiar – tym razem :) ):


Opakowanie zawiera 10 sztuk i to jest mało. Bardzo mało. Nie pamiętam, ile tego dziennie schodziło, ale opakowanie na pewno, przynajmniej przez pierwsze 2-3 dni. Potem były te zwykłe belkowe podpachy okresowe, potem już jakieś cienkie ze skrzydełkami, a potem wkładki. Ważne – tampony won! Cała zabawa trwała 2 tygodnie z hakiem. Wówczas jeszcze piersią karmiłam, a to na połóg ma wpływ (o tym za chwilę).

Jak się z wielką pieluchą chodzi… źle :D No co ja będę ściemniała, niewygodne to i tyle. W szpitalu na Łubinowej w Katowicach można mieć na co dzień zwykłe bawełniane gacie (takie miałam, kupione specjalnie za grosze zwyklaki jakieś, przynajmniej w dupsko nie grzały, a nie było żal wyrzucać zabrudzonych), a na obchody albo z samą pieluchą, albo w jednorazowych. Tych nie lubiłam, grzały, no ale miałam na obchody, potem wywalałam. Ale nie wyobrażam sobie łażenia w pielusze i bez majtek. Ale, gdy tak sobie pomyślę, bardziej mi smrodek dokuczał niż niewygoda w chodzeniu. No więc wietrzenie, wietrzenie sali jak najwięcej. Najlepiej cały czas.  

Skąd te atrakcje krwiste? Ano, macica skurcza się (powinna w ciągu 6 tygodni – tyle trwa połóg) do rozmiarów sprzed ciąży i oczyszcza się – czyli na zewnątrz wyłażą resztki naskórka, krwi, mogą pojawić się na początku skrzepy. Ból odczuwalny porównywalny jest z bólem okresowym, czyli spokojnie do przejścia. Jednakże w trakcie karmienia piersią (dokładnie w momencie karmienia) ból może być intensywny, gdyż wydzielająca się przy tej czynności oksytocyna pobudza macicę do skurczów. Ale nie jest to rzecz jasna ból porodowy! I to też raczej przez pierwsze 2-3 dni, potem już luzik. W sumie ogólnie całe to krwawienie i odczucia to coś jak okres, tyle, że dłuższy i bardziej bolący nieco.

Czasem jednak może zdarzyć się, że lekarze niedokładnie oczyszczą kobietę – np. zostanie resztka łożyska. Niestety skutkuje to powrotem do szpitala i czyszczeniem, nie wiem, jak to się odbywa. Ponoć przy znieczuleniu miejscowym.  

Co może być po porodzie niemiłe? Ano, siadanie. I to dla każdej kobiety – rodząca SN często gęsto ma nacięte/pęknięte krocze (fuuuuuj, straszne to słowo jest, nie lubię!), nawet gdy tylko 1-2 szwy, to jednak ranka jest. Do tego dochodzi zwykły ból ponaciąganej pochwy, szyjki i – mam wrażenie, bo to co teraz piszę wiem od koleżanek tylko – jest czynnik psychiczny, jakiś taki strach – no bo na pewno zaboli. A tu może być niespodzianka, leżałam też na sam koniec ze świetną dziewczyną, która jako pierworódka jakoś nie pękła, nie nacięli jej, i sama powiedziała, że jest w szoku – bo może normalnie siadać. Przyszła do sali 2h po porodzie. To samo z siusianiem – zszyta kobieta na pewno czuje dyskomfort, bo to jednak ranki jakieś (+ ten czynnik psychiczny). Przed porodem więc zaopatrzyłam się w coś do robienia nasiadówek, czyli saszetki Tantum Rosa, w aptece, nie pamiętam ceny, ale ogólnie tanie. W szkole rodzenia polecili nam po prostu zrobić i nasiadówkę, i machnąć do butelki roztwór do podmywania się. No, ale efektów nie miałam okazji ocenić. Do siadania, jeśli faktycznie jest problem – albo koło poporodowe albo zwykłe koło dmuchane do pływania.

Dla kobiety po CC siadanie również jest bolesne, z innego powodu – na co dzień nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, ile mięśni brzucha bierze udział w tej prostej czynności. No, a tu mięśnie są rozcięte. Ot, zonk taki mały. Szalenie upierdliwe było podniesienie się z leżenia (no, półleżenia, bo tak sobie łóżko ustawiłam) do siadu a potem z siadu do pionu. Gdy już stałam, to spoczko. I tu polecam BARDZO zabranie ze sobą do szpitala dłuuuugiego grubszego sznurka. O, jak mi tego brakowało! przywiązałabym go sobie do nóg łóżka i miałabym cały czas pomoc we wstawaniu! Pomijam, że po fakcie okazało się, iż łóżka miały specjalny dings do podnoszenia się… No nie zauważyłam, dopiero koleżanka wcześniej tam rodząca mi powiedziała :D Ale sznurek warto mieć, bo łóżko może naprawdę nie mieć wspomagacza.

Po porodzie przez CC dochodzi jeszcze sprawa, że tak powiem, robienia kupy. Przez prawie 2 doby nie mogłam jeść, za to zaraz po cc dostałam zastrzyk wspomagający perystaltykę jelit. A wcześniej 2 lewatywy były. No i przez 5 dni w brzuchu miałam wojskową orkiestrę dętą. Jelita idealnie wyczyszczone, podjęły pracę, huczało w nich jak nie wiem (głooośno!), a załatwić się nie ma czym. Nie boli, ale męczące.   

Rana po cc – miałam szew taki, co to się go po ok. półtora tygodnia wyciąga jednym szarpnięciem (mąż z poczekalni usłyszał tylko: cholera jasna, ale piecze! – bo mi położna wyciągająca posmarowała całość spirytusem). Wyrwanie dziada trwa sekundę, i tyleż trwa ból (+pieczenie!). Znośny całkowicie. Co ważne – najpierw wsio ładnie się goiło, ale po kilku dniach blizna zaczęła lekko w jednym miejscu puchnąć. Położna środowiskowa poleciła mi smarowanie spirytusem (nie boli, bo to nie jest rana otwarta), ew. rozgrzewającą maścią. Postawiłam na alkohol, kilka razy dziennie przecierałam wacikiem mocno nasączonym, po jakiś 10 dniach ładnie wsio sklęsło i teraz mam cieniutką, bladą bliznę ok. 12cm długości. Znajome cesarki smarowały sobie maścią na blizny CONTRATUBEX, ale to trzeba świeżą bliznę smarować, stara blizna się nie podda. Nie wiem, ile kosztuje i czy na receptę czy nie. Ponoć dobra rzecz.

W trakcie porodu (lub w ogóle w ciąży, ponoć rzadziej) mogą pojawić się małe gnojki, hemoroidami zwane. Często się wchłaniają po jakimś czasie, wspomagane maściami/czopkami, a czasem bez wspomagania. Jakieś bardziej wytrwałe jednostki wymagają udania się do chirurga lub proktologa. Aczkolwiek nie znam żadnej kobiety zmuszonej do tego.

Połóg to w ogóle taki stan trochę zmęczenia, trochę rozdrażnienia, z dużą dozą euforii i podniecenia. Ot, kobieta jest na naturalnym haju. I ma rozchwiane emocje. Nie ma co się obrażać, tak jest i już. Do dziś pamiętam, jak w bodajże 11 dni po porodzie coś mi mąż powiedział – jakąś pierdołę, ja coś tam płaczliwie spytałam, a on mi odpowiedział, zamiast (tak sobie wtedy myślałam) zapewnić mnie o dozgonnej miłości, powiedzieć, jaka to wspaniała i cudowna jestem. I ja w bek – bo ty mnie już nie koooochaaaasz, smark, smark, smark. Wyłam, a jakąś ostatnią sprawną szarą komórką śmiałam się z samej siebie. No i taka jazda jest jakiś czas, ze 3 tygodnie u mnie była. Durny stan o tyle, że człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że to hormony grają.

Piersiowa sprawa – po SN nawał pokarmu pojawia się zazwyczaj w 3 dobie, po CC może być nieco później, choć u mnie był w 3. W szpitalu dostałam radę prostą i równie genialną, dzięki której choć miałam nawał 2 czy 3 razy (w ciągu 5tygodniowego karmienia piersią) ani razu nie miałam zapalenia piersi czy w ogóle jakiegoś problemu. Otóż – w szpitalu powinni mieć takie worki z żelem do zamrażania, wielokrotnego użytku. W domu – na stałe wsadźcie sobie do zamrażarki zamoczoną, lekko wykręconą pieluchę złożoną w prostokąt. Niech zamarznie na blachę. Jest nawał – przed dostawieniem ssaczka ogrzewacie piersi mocno ciepłym prysznicem, ssaczek zjada, i ZARAZ PO TYM nakładacie tę lodowatą pieluchę, trzeba ją nagnieść na piersi. Trzymacie, ile chcecie – aż poczujecie ulgę. 10 minut czy godzina – nie ma znaczenia. WAŻNE – zaraz potem suszycie piersi i zakładacie stanik, ubranie. Nie można ich przeziębić.

Baby blues, depresja – nie ma reguły, może być i może nie być. Deprecha poporodowa to cięższa odmiana baby bluesa. Kwalifikuje się do leczenia (czasem nawet tylko baby blues) i tu się nie ma co wstydzić, tylko pomocy szukać. Szcześliwa mama to szczęśliwe dziecko i partner, nie oszukujmy się. Przyszła położna do nas, młoda miała jakieś 2 tygodnie. Pyta, jak tam dziecko, no a Agata do tych spokojnych się zaliczała. A że ja na luzaka ogólnie do niej podchodziłam, bez spinania się, to położna od razu: no tak, spokojni rodzice, to i dziecko spokojne. I to jest raczej fakt, dzieciak emocje wyczuwa, więc jakby co, to terapia drogie panie i już. Sama drugiego ssaczka chcę i jakby co, to terapia i już :)

Jakie są uczucia po porodzie? Gdy dowiedziałam się, że robią mi cc, jedyna myśl: o rany, ale fajnie, przestanie boleć. Być może dlatego, że z małą było wsio ok., ale skubana nie zamierzała sobie wyleźć. W trakcie cc gadałam z lekarzami, pielęgniarkami, położną, żądałam ładnego szwu… ;) Wyjęli dziewczynkę, pokazali – i znów: o rany, ale brzydka – i równocześnie druga myśl: no pewnie, że brzydka, umazana krwią i śluzem, ciekawa jestem jaka jest pod tym wszystkim :) Dali mi ją do pocałowania, zabrali do mycia. Zaraz potem mąż ją dostał na ręce a mój lekarz (bo akurat na jego dyżur trafiłam) poleciał do niego z gratulacjami. Potem, bo to wieczór późny był i na noc sama byłam, sen, z przerwami na smsy do koleżanek. Ogólnie, mam wrażenie, bardzo racjonalnie w samym szpitalu podchodziłam do małej – np. miałam gorączkę jednej nocy i nie miałam skrupułów, by córę dać do pielęgniarek. Bałam się, że po prostu nie dam rady do niej wstać. Nie schizowałam, gdy płakała, gdy ją brali do kąpieli, na ważenie, badania… Rozkleiłam się dopiero w ostatni dzień, słysząc, że może nie wyjdziemy do domu (a tak bardzo chciałam się móc już ruszać!), bo bilirubina wysoka. No, ale się udało. Dopiero potem trochę hormony grały, jak już pisałam.  

W sumie naprawdę dziwne to były dni, w tym szpitalu – i radość (zarówno z tego, że już po porodzie, jak i z obecności malucha), wkurzenie na ból przy chodzeniu, wkurzenie na pieluchę, OGROMNA radość i jedyna w swoim rodzaju duma, satysfakcja, gdy na 3 dzień mała się wreszcie ładnie przyssała (choć szczerze mówiąc, do momentu późniejszej skazy nie było problemu z karmieniem), zaskoczenie, że córa tak ładnie po kąpieli śpi, duuużo nudy (książki bierzcie! karty, krzyżówki, druty, szydełka – możecie trafić na spokojny egzemplarz dziecia i pierdolca z nudów dostaniecie).

Na pewno nie było ani we mnie, ani w mężu strachu – nie baliśmy się przewijać (o, właśnie – wielka duma po pierwszym przewijaniu dziecka), ubierać (kolejna duma), karmić, kąpać (chociaż gdy mąż wrócił do pracy i pierwszy raz miałam całkowicie sama dwutygodniową Agatkę kąpać, lekki dreszczyk niepewności był).


Może ja już skończę, bo elaborat okrutny jakiś mi wyszedł... :)

A jak Wy wspominacie poporodowe chwile?

6 komentarzy:

  1. Ja rodziłam poprzez CC.
    Dosyć szybko zaczęłam się przemieszczać sama (w szpitalu, w którym rodziłam po 12 godz. od operacji sadzają i odprowadzają do pokoju. Od tej pory trzeba rodzić sobie samemu). Bolało mnie wszystko i chodziłam bardzo powoli. Poza tym spuchły mi stopy. Żadne buty nie były na mnie dobre. Nie doświadczyłam tego w ciąży i byłam zaskoczona, że aż tak źle mogą wyglądać moje nogi. Kłopot sprawiało mi wstawanie, dlatego (absurdalnie, bo przecież byłam zmęczona) unikałam kładzenia się.
    Okropnie bałam się wyciągania szwów, ale położna zrobiła to tak błyskawicznie, że faktycznie nic nie czułam.
    Nie miałam żadnego doświadczenia w pielęgnacji dziecka ale nie bałam się i powoli sobie ze wszystkim poradziłam.
    Nie wspominam połogu źle. Dużo gorzej czułam się pod koniec ciąży, bo nosiłam w brzuchu dwoje dzieci i było mi bardzo ciężko.

    OdpowiedzUsuń
  2. ja też nie mam złych połogowych wspomnień (wszystko goi się na mnie jak na psie) a dwa i to różne porody przeżyłam :)
    pierwszy sn, z nacinaniem i zszywaniem, plus zszycie pękniętej szyjki, z siadaniem nie było problemu, aa i lekka opuchlizna kończyn, nabyta pod koniec ciąży zeszła parę godzin po porodzie.
    drugi cc, też było ok, zdziwiona byłam jedynie,że jednak ta rana na brzuchu boli:)opuchlizna kończyn ciągnęła się jeszcze przez 2 tygodnie. W ogóle byłam szczęśliwa,że ciąża się skończyła, bo naprawdę dała mi w kość (dosłownie, po drugiej ciąży stan kręgosłupa się pogorszył), wyjęcie nitki z rany -chwilkę trwało i nie bolało:)

    OdpowiedzUsuń
  3. ja swojego połogu bardzo się obawiałam po różnych opowieściach przyjaciółek i tego co mnie czeka. Uzbroiłam się jeszcze będąc w ciąży w cały apteczny chyba zapas podkładów i podpasek poporodowych, a okazało się, że zużyłam z tego może w porywach 1/4...Wszystko się jakoś szybciutko normowało i goiło. muszę przyznać, że byłam w szoku, że szanowne 4 litery mnie nie bolą, że mogę normalnie siadać itd, a po 2 tygodniach już całkiem sprawna byłam. Jedyne co to czułam się ciągle zmęczona i osłabiona. Po samym porodzie również, d tego stopnia, że na salę wieźli mnie na wózku, a gdy poszłam w ten sam dzień pod prysznic to mało tam nie fiknęłam z osłabienia. Ciągle było mi słabo i słabo, pierwszy tydzień po porodzie na spacery z małą latał mój mąż...nie dlatego, że coś mnie bolało, tylko dlatego, że byłam tak słaba, ledwo powłóczyłam nogami.Tłumaczyłam to sobie zmęczeniem porodem, połogiem, nieprzespanymi nockami.W końcu jak zakończyłam połóg poszłam zrobić badania no i wyszło szydło z wora, okazało się, że winowajcą jest moja głęboka anemia i bardzo kiepska morfologia...O ile chwalę sobie szpital w którym rodziłam o tyle zła jestem, że nie zrobili żadnych badań, może teraz tak jest wszędzie, nie wiem, ale ja uważam, że powinno się jednak sprawdzać bardziej stan zdrowia matki w jakim się ją do domu wypuszcza...

    OdpowiedzUsuń
  4. No niestety, raczej stanu matki się nie bada :/

    OdpowiedzUsuń
  5. ee, bada się. Przynajmniej u mnie badali, badali morfologię i przy sn oglądali raj - czy dobrze się goi. Po cc zawsze usilnie wypytywali jak się czuję:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja z opieki jestem bardzo zadowolona. Zarówno na patologii ciąży jak i po porodzie. Miałam cc, po porodzie (bez komplikacji) robili mi badania, codziennie oglądali ranę, przyszła pani psycholog pytać jak się czuję. Aż sama byłam zaskoczona :)

    OdpowiedzUsuń